Audycje radiowe, Dajmund Danuta, Autorzy tekstów, Rozważanie

Jeśli kto chce iść za Mną

Danuta Dajmund

dodane 2014-03-06 09:00

Fragment Drogi Krzyżowej, Duda-Gracz

zdjęcie: encyklo.pl

„Potem mówił do wszystkich: «Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje»”

II Rok czytań
Łk 9,22-25

Jezus zawsze uczciwie stawia sprawę. Nie kryje przed uczniami tego, przez co już wkrótce będzie musiał przejść. Uprzedza fakty mówiąc, że „Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszyznę, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; będzie zabity”. Nie znam człowieka, który chciałby cierpieć, ani tego, kto chciałby zostać skazany na społeczny ostracyzm, czuć się wzgardzonym czy wykpionym przez ludzi, których głos liczy się w środowisku. A śmierć? Na samą myśl o niej jeży nam się włos na głowie i jak długo się da, wypieramy ze świadomości nieuchronność nadejścia tego momentu.  Tyle, że prędzej czy później on i tak nastąpi. Póki to jednak możliwe, wszystkimi dostępnymi środkami, staramy się przedłużyć nasze życie i zdrowie, a czasem nawet młodość. Stąd taki popyt na rozmaite usługi medyczne, a przemysł farmaceutyczny i kosmetyczny ma się coraz lepiej. No bo kto chciałby się starzeć, chorować, umierać? Jasne, że nikt! A jednak…

Jezus zdaje się zakładać, że znajdą się tacy szaleńcy. „Potem mówił do wszystkich: «Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje»”. Nie trudno się domyślić, że nie zobaczył przed sobą lasu uniesionych rąk. Owszem chętnie by za Nim poszli – kiedy leczył ich z chorób, przywracał do życia, rozmnażał chleb, a wodę zmieniał w wino. Kiedy był popularny, szanowany, wielbiony… Ale teraz? Teraz już niekoniecznie.

Panią Stenię poznałam w ubiegłym roku w Ośrodku Rehabilitacyjnym, gdzie próbowano przywrócić jej sprawność po operacji kręgosłupa. Kiedyś, leżąc na sąsiednim „madejowym łożu” – jak nazywano tu kozetkę rehabilitacyjną – wysłuchałam jej historii. Stenia jako niemowlę trafiła do Domu Małego Dziecka, bo jej rodzice byli alkoholikami. Pewnie z powodu zajęczej wargi i wady wymowy nie znaleziono jej rodziny zastępczej, nikt też jej nie adoptował. Nie znała innego życia, więc nie cierpiałaby z tego powodu, gdyby nie te dzieciaki. Kiedy była już nieco starsza zastanawiała się, skąd brało się w nich tyle okrucieństwa i nienawiści w stosunku do niej, której jedyną winą było to, że wyglądała i mówiła trochę inaczej. To już wtedy zaczęły się jej kłopoty ze zdrowiem. Pewnego dnia nie wytrzymała i poskarżyła się wychowawczyni. Przez długie lata miała tego żałować. W nocy dziewczyny z grupy urządziły jej „kocówkę”, tyle że... bez koca. Wewnętrzny krwotok, obtłuczone nerki i połamane żebra. Skutecznie nauczono ją milczenia.

W szkole nieźle sobie radziła; skończyła ogólniak a potem chemię na politechnice. Poddała się operacji wargi i podniebienia, a zajęcia z logopedą na tyle poprawiły jej wymowę, że znalazła pracę nauczycielki i poznała swego przyszłego męża.

W tym momencie byłam już pewna szczęśliwego zakończenia opowieści Pani Steni. Ale nic takiego nie następowało. Początkowo Steni też się wydawało, że oto zaczyna się bajka. Niestety, po dwóch ciążach zakończonych poronieniem wszystko zaczęło się psuć. Mąż coraz później wracał do domu, coraz częściej pijany. Początkowo tylko ubliżał jej słowami, później posuwał się coraz dalej. Myślała, że coś się zmieni, kiedy w końcu urodził im się synek. Niestety, było coraz gorzej. Po urlopie wychowawczym, który wspomina jak gehennę, z ulgą wróciła do pracy. Ale pudrem coraz trudniej było zatuszować wszystkie sińce, więc kiedy nie udało się dostać jakiegoś zwolnienia lekarskiego, musiała prosić o urlop. Ale milczała. Była w tym dobra.

Tyle że to milczenie i wieczny wstyd chyba niedobrze odbiło się na jej psychice. Wpadała w coraz większą depresję. Wiedziała, że mąż kocha synka, wiec kiedy zabierali ją do szpitala, właściwie nawet nie przejmowała się jego losem. Kiedy pół roku później opuszczała oddział psychiatryczny, nie miała już do kogo wracać. Którejś nocy mąż prawdopodobnie zostawił włączoną kuchenkę. Rano znaleziono ich martwych. Mówiono, że to był wypadek...

Bez synka ona też już nie chciała żyć, ale stale ktoś ją pilnował. Dyrektorka szpitala załatwiła jej pracę w przedszkolu integracyjnym, lecz kiedy poznali jej historię, szybko się jej pozbyli. To wtedy coś w niej pękło. Nie miała nikogo, z kim mogłaby porozmawiać. Cały swój ból i złość na ludzi i na Boga – zwłaszcza na Boga – wykrzyczała więc staremu księdzu, którego poznała w szpitalu. Nie przerywał jej, a kiedy skończyła poszli do pobliskiego hospicjum. Był wieczór. Chodzili od sali do sali, a ksiądz cicho opowiadał jej historie leżących tam ludzi - jedne mniej, drugie bardziej smutne niż jej własna. Na końcu powiedział: „Pani Steniu, oni wszyscy tu na Panią czekają, pomogą Pani”.

Pomyślała, że żartuje. Przecież ci ludzie właśnie żegnali się z życiem! Teraz, po 15 latach wie, że miał rację: każdego dnia ratowali jej życie. Także to duchowe. Pan Władek, który bał się bólu ale nie śmierci, bo po drugiej stronie czekała już jego żona, Pani Zuzia, która chciała na tamtym świecie pięknie wyglądać, więc wymogła na Steni, by na wszelki wypadek codziennie robiła jej makijaż, Pani Grażyna, którą zdążyła namówić, aby przed śmiercią pojednała się z synową i pan Michał, który odchodząc obiecał, że odnajdzie w Niebie jej synka. No i jeszcze dwudziestoletnia Karolina, która tak bardzo cierpiała, ale twierdziła, że nie może odejść, póki nie zobaczy jej uśmiechu. Więc Stenia zaczęła się uśmiechać.

Było ich tak wielu. Przychodzili i odchodzili. Czym mogła się im wszystkim odwdzięczyć? Miała tylko swoje życie z jego smutkami, cierpieniami, bólem utraty. Powoli uczyła się, jak każdy z tych krzyży uczynić pożytecznym. Późno, ale „lepiej późno niż wcale” – jak pocieszał ją ksiądz kapelan.

Jezus mówi: „jeśli kto chce”. On nikogo nie zmusza, pozostawia alternatywę. Wprawdzie droga ludzkiego życia zawsze poprowadzi przez takie czy inne cierpienie, lecz czy krzyż stanie się znakiem sprzeciwu i przekleństwem czy też błogosławieństwem i drogą ku zmartwychwstaniu, jest już kwestią osobistego wyboru każdego z nas.

N P W Ś C P S
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 25
26 27 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9
Dzisiaj: 18.11.2017