Dzisiejsza Ewangelia mówi o wolności. Tej prawdziwej, którą można osiągnąć jedynie w Jezusie Chrystusie.
Na horyzoncie Golgoty majaczy już cień Chrystusowego krzyża, już słyszymy słowa: „Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że Ja jestem i że Ja nic od siebie nie czynię, ale że to mówię, czego Mnie Ojciec nauczył.
Bardzo chętnie poprawilibyśmy Jezusa i odwrócili kolejność Jego słów: „Nie grzesz więcej, a wtedy otrzymasz przebaczenie”. Czyż to nie brzmi logiczniej? – „Zmień się, a wtedy ci przebaczę”.
„Wzruszył się w duchu, rozrzewnił i zapytał: „Gdzieście go położyli?”. I potem, podążając do grobu Łazarza Jezus ponownie zapłakał, tak bardzo, że Żydzi rzekli: „Oto jak go miłował!”
„Przecież my wiemy, skąd On pochodzi, natomiast gdy Mesjasz przyjdzie, nikt nie będzie wiedział, skąd jest”.
Przeszkodą w rozpoznaniu i przyjęciu Jezusa, na którą On wyraźnie wskazuje, jest szukanie własnej chwały. Poznanie Jezusa i uznanie Go oraz przyjęcie jako Pana będzie zawsze związane z nieszukaniem własnej chwały. On jej nie szukał, dlatego pozwolił się odrzucić.
Co przeszkadzało przełożonym świątyni Jerozolimskiej i wielu innym uwierzyć w Chrystusa? Przecież widzieli Jego czyny, słuchali Jego słów…
Jakże tak? Jezus oczekuje od niego „ślepej wiary”? Ma Mu uwierzyć na słowo? A co, jeśli jego syn tymczasem umrze?
Także moje serce będzie „widziało” wyraźnie jeśli tylko pozwolę, by Jezus dotknął mojej ślepoty. Tylko On ma moc sprawić, by wszystko co pogrążone w mroku, na powrót rozbłysło we mnie światłością.
Ewangelia odsłania nam dzisiaj jedną z bardzo istotnych prawd: nie można byle gdzie, byle kogo i byle jak pytać o rzeczy najważniejsze.