Blisko dwa tygodnie temu światowe media obiegła wiadomość, że Ojciec Święty Franciszek z czułością przyjął i pobłogosławił człowieka chorego na nerwiakowłókniakowatość. Ta historia ma swój ciąg dalszy.
Bywają takie momenty, kiedy w moim sercu jednocześnie rodzą się dwa sprzeczne uczucia. Radość i smutek, nadzieja i lęk. Treść dzisiejszej Ewangelii również wywołuje we mnie dwie całkiem różne reakcje. Z jednej strony się cieszę, z drugiej – trochę martwię.
Wiem, dlaczego dzisiejsza Ewangelia brzmi jakoś znajomo. Ten sam fragment Łukaszowej Ewangelii słyszeliśmy w liturgii blisko miesiąc temu – 20 października. Czy to jakaś pomyłka? Nie, to nie pomyłka. To natarczywe wołanie Boga.
9 listopada Ojciec Święty Franciszek spotkał się z osobami związanymi ze Stowarzyszeniem Przewożenia Chorych do Lourdes i Innych Sanktuariów Międzynarodowych – UNITALSI. Stowarzyszenie to obchodzi bowiem 110. rocznicę działalności.
W kalendarzu liturgicznym wspominamy dzisiaj błogosławioną Marię Luizę Merkert, która razem z trzema mieszkankami Nysy dała początek Zgromadzeniu, którego głównym celem jest pielęgnacja chorych i opuszczonych w ich własnych domach.
Dzisiaj – 14 listopada – obchodzony jest Światowy Dzień Chorych na Cukrzycę. Żartobliwie mówi się, że diabetycy bez względu na to, jak im się powodzi, wiodą „słodkie życie”.
Jezus pozbawia mnie złudzeń. Kiedy czytam Ewangelię dzisiejszej niedzieli, zaczynam rozumieć, że nic już nie będzie takie samo. Że nie będzie jak dawniej.
Zdjęcie, na którym papież Franciszek całuje mężczyznę ze zdeformowaną przez chorobę twarzą, obiegło światowe media. Zachwytu nie kryją komentatorzy i internauci. Ja jednak pytam: dlaczego zachwyt budzi coś, co powinno być normą?
Lekarstwem na biedę człowieka jest zatem miłość Boga. Miłość, która poszukuje, przebacza i przygarnia. Wciąż na nowo.
Jeszcze nie jestem gotowa, by zaprosić do swojego życia ułomnych, ubogich, chorych i samotnych. Muszę jeszcze zweryfikować listę gości. Jeszcze nie ma w moim życiu miejsca na taką ucztę.